16.6.11

Gabinet przy ulicy Szaserów


Niedziela.

Warszawa.

„Orlik” w parku przy ulicy Szaserów.

Na boisku za piłką uganiają się mężczyźni w średnim wieku, często

z brzuchami iście nie pasującymi do sylwetki sportowca.

Na różnorakich koszulkach widnieją napisy: Seba, Maco, Jarson, Pele, Koko, Chuchro i inni. Na próżno szukać tutaj trykotów Radovića, Kucharczyka czy nawet Ronaldo...

Ci niestety nie załapali się do kadry meczowej. Kopią sobie piłkę za boiskiem. Messi, Fabregas, Xavi i inne słynne nazwiska wyzywająco falują na plecach tych najmłodszych. Dzieciaków, które dziś piłkę muszą kopać za bramkami. Bo dziś nie ma czasu na zabawę, dziś na ich nowo wybudowanym boisku gra się na serio.

Jedna z wielu amatorskich lig w Warszawie. Tutaj wystarczy mieć ekipę i około 2000 zł, aby co niedziela móc rozegrać jeden czterdziesto minutowy mecz. Nie ma żadnych nagród, oprócz symbolicznych pucharów oraz awansu do przyszłorocznej pierwszej ligi. Pomimo tego na boisku widać emocje. Panowie zza linii dopingują kolegów, korygują ich ustawienie. Po porażce schodzą ze spuszczonymi głowami. Po zwycięstwie głośno wytykają sobie błędy, które należy poprawić w kolejnych spotkaniach. Dookoła boiska na kilku ławkach siedzą kibice. Średnia wieku 65 lat, a może i więcej. Niektórzy żywo dyskutują inni po prostu obserwują. Jeden z nich na pytanie co tutaj robi, odpowiada że co niedziela śledzi rozgrywki, po trochu z nudów, lecz nie ukrywa, że emocje z boiska czasami udzielają się i jemu.

Na kolejnej ławce dwóch młodych ludzi siedzi i popija piwo. Oglądają Koka i Jarsona w akcji. To ich koledzy z miasta, co niedziela przyjeżdżają z nimi, aby po meczu opowiedzieć im jak ich gra wyglądała z boku. Zazwyczaj Jarson, prywatnie geodeta na boisku kreujący się na playmakera zawodnik ma całkiem inne zdanie na temat rozegranego meczu niż jego koledzy od piwa.

Nieopodal na trawie za boiskiem siedzi siedmiu chłopaków koło trzydziestki. Pomimo iż zakończyli swój zwycięski mecz przeszło godzinę temu nadal żywo dyskutują nad jego przebiegiem.

Inne drużyny, które czekają na swoje spotkania z zaciekawieniem obserwują grę przyszłych rywali. Każdy z tych ludzi na boisku walczy o szacunek i respekt. Chce w przyszłym sezonie być rozpoznawany przez rywali jako bramkarz tych najlepszych, jako super strzelec, czy ogarnięty obrońca.

Nikt się nie nudzi na i poza boiskiem.

Na boisku emocje i krzyki zainteresowanych, poza boiskiem dyskusje na temat właśnie rozgrywanego meczu, kadry Smudy, transferów Legii, taktyki na przyszłą niedzielę czy sytuacji w lidze angielskiej.

Wszystko krąży wokół piłki.

Tej piłki bez ogromnych pieniędzy, tej piłki, o której marzył każdy z nas jak był mały. Kiedy wkładaliśmy koszulki Batistuty czy van Bastena i myśleliśmy o sławie i szacunku. Bo kto wtedy z nas wspomniał o czerwonym ferrari i willach w Monaco?

Na terapię „jak pokochać znowu football” w „gabinecie” przy ulicy Szaserów proponuję wysłać większość krnąbrnych i zakochanych w sobie i mamonie piłkarzy z polskiej ligi.

Naszej słabej i zepsutej przez system ligi.

Brak komentarzy: